Jesteś tutaj:
Zachować na zawsze w pamięci

Przerażenie i rozpacz zawładnęły mieszkańcami, gdy Sędziszów, po przegranej we wrześniu 1939 roku wojnie, został bez walki zajęty przez oddziały niemieckich najeźdźców. Wyniośli, dumni i butni żołdacy hitlerowscy wjechali na motocyklach i w samochodach, pogardliwie patrząc na Polaków, a do tych, którzy wydali im się niebezpieczni - strzelali, jak do zwierzyny. W Rynku zabili kilka osób, m.in. od ich kul zginęła Genowefa Boryniówna - siostra Stanisława Borynia. Wysportowani, dobrze odżywieni, w szerokich hełmach, wysokich butach, obszernych, długich szynelach, z przewieszonymi przez szyję pistoletami maszynowymi wyglądali niezwykle groźnie, jak zresztą przystało na germańskich, grabieżczych teutonów. Okupację Sędziszowa rozpoczęli od rewizji mieszkań w Rynku i w Gródku, rzekomo  w poszukiwaniu broni, a w rzeczywistości - od aresztowania mężczyzn, przetrzymywania ich o głodzie i w chłodzie przez tydzień w sędziszowskim kościele. Później - wystraszonych i wymizerowanych zapędzili do odbudowywania zniszczonej bombami trakcji kolejowej.  Ogłoszono, że przebywanie poza domem po godz.20.00 będzie surowo karane. Rozwieszono plakaty, nakazujące natychmiastowe zdawanie broni i radioodbiorników. Za wszystkie wykroczenia groziła kara śmierci. Czując się już gospodarzami, z pełną swobodą paradowali na motocyklach po okolicy, maszerowali w kolumnach z głośnym, radosnym śpiewem lub stali grupami na ulicy, rozprawiając wesoło i z humorem.  Na miejscowych Polaków uwagi nie zwracali, jakby ich w ogóle nie było, natomiast w pokrzykiwaniach często używali słowa Juden - Żydzi, bo nimi byli szczególnie zainteresowani. Na ulicę pozwolili im wychodzić tylko z gwiazdą Dawida na naramiennej opasce. Ale Żydzi rzadko korzystali  z przywileju wychodzenia na ulicę, gdyż byli przez żandarmów i żołnierzy bici po twarzy, kopani, a nawet zabijani. Później zarekwirowano im lepsze mieszkania, sklepy i warsztaty rzemieślnicze. W końcu zorganizowano w Rynku getto,  skąd pod eskortą zabierali ich do "czarnej" roboty. A latem 1943 roku wywieźli wszystkich Żydów na stracenie do obozu zagłady w Treblince.

A gdy okupanci zorganizowali juz swoje urzędy, służbę bezpieczeństwa i policję, zaczęli interesować się Polakami, wprowadzając szybko swoje porządki. Nakazem częstego meldowania się w urzędzie organów bezpieczeństwa objęli nauczycieli, urzędników gminy i kolei oraz działaczy społecznych. Wszystkich poddali stałemu i pilnemu śledzeniu. W szeroko rozbudowanym aparacie wywiadowczym i policyjnym, ważną rolę powierzono również niemieckim kolejarzom na stacji Sędziszów. Liczna obsada - ponad 70 osób - uzbrojona została w pistolety automatyczne i karabiny, co świadczyło o ważności kolei w działaniach wojennych. A Sędziszów spełniał tę rolę, szczególnie przez swoje strategiczne położenie na kierunku północ - południe i w połowie ważnego szlaku kolejowego Kielce - Kraków, z dogodnym dojazdem na Śląsk.

Po przekazaniu przez wojsko kolei  niemieckim kolejarzom, rozpoczęło się  zakładanie instalacji  elektrycznej, a za torami, na miejscu żydowskich składów i magazynów, zaczęto budowę domów - baraków. A po Nowym 1940 Roku, w czasie niezwykle srogiej zimy, przywożono do rozbudowy stacji i parowozowni  w bydlęcych wagonach polskich kolejarzy, wypędzonych z Poznańskiego i z Pomorza - terenów polskich, włączonych do Rzeszy. Żal i szczere współczucie towarzyszyły tym przesiedleńcom, pozbawionym całego życiowego dorobku i wygnanym z ojcowizny. Ta ich niedola, która początkowo wywołała  przerażenie i obawę o własny los, zwłaszcza wśród  młodzieży, szybko zaczęła przeradzać się  w gniew i pragnienie odwetu. Wzrastało przekonanie, że bierna postawa rozzuchwala okupantów i tylko różne formy przeciwdziałania tej przemocy - akcje dywersji i sabotażu - mogą powstrzymywać zbrodnicze działania hitlerowskich najeźdźców.

Na wiosnę 1940 roku rozpoczęli Niemcy, z niebywałym rozmachem, rozbudowę parowozowni o warsztaty obsługi i naprawy parowozów i lokomotyw spalinowych, a wkrótce potem uruchomili warsztaty naprawy i renowacji wagonów towarowych. A za torami  powstawało pokaźne osiedle mieszkaniowe. Zwiększone zapotrzebowanie na wodę spowodowało konieczność zmiany koryta rzeki Mierzawy i połączenia jej z dołami torfowymi, przez co zniknął w Gródku ostatni skrawek naturalnego środowiska. Rozbudowa infrastruktury Sędziszowa postępowała z dużym rozmachem przez zastosowanie najnowszych sposobów i środków mechanizacji pracy. Z Rzeszy sprowadzono dźwigi i koparki "Baggermaschine" - popularne "bagry".

Parowozownia w ciągu następnego roku stała się dużym przedsiębiorstwem przemysłowo - komunikacyjnym, w którym zatrudniono ponad 1000 pracowników. Obok stałych mieszkańców Sędziszowa pracę znaleźli "wysiedleńcy", ludność z okolicznych wsi, a nawet przybysze różnych narodowości ze Wschodu. Ludność Sędziszowa wzrosła o ponad połowę. Rozbudowano też strukturalnie stację Sędziszów, mianując ją stacją wiodącą i przewodnią dla stacji: Jędrzejów, Kozłów, Charsznica i Wolbrom. Sędziszów stał się też punktem etapowym dla wojska, miejscem dezynfekcji umundurowania i oporządzenia dla żołnierzy przybywających z frontu. Przekształcenie Sędziszowa w ważny węzeł kolejowy i powstanie za torami największego skupiska ludzi, w większości zatrudnionych na kolei, fachowo przygotowanych do nowoczesnej organizacji pracy i o zdecydowanej postawie patriotycznej wobec znienawidzonego okupanta spowodowały, że  osiedle zaczęło  odgrywać znaczącą rolę w rozwoju konspiracji - w organizowaniu ruchu oporu.

Konspiracja, tajna podziemna działalność polityczna organizowania walki z hitlerowskim okupantem została zapoczątkowana  w Sędziszowie już w grudniu 1939 roku przez wojskowych, którzy uniknęli niemieckiej niewoli. Założycielami i pierwszymi członkami organizacji, którzy złożyli przysięgę i ukryli swoje nazwiska pod pseudonimami byli sędziszowscy nauczyciele: ppor.Stanisław Surówka "Rowień", ppor. Ireneusz  Maszczyński "Blondyn", plut./ppor. Roman Pacholec "Zadra" i kpr. Ignacy Urbański "Igur". Dzięki ich głębokiemu patriotyzmowi, ofiarnemu trudowi i odwadze powstał wówczas zalążek placówki "Dwór", bojowej organizacji "Związku Walki  Zbrojnej" (ZWZ). Gromadzono cenne informacje dla wywiadu wojskowego, kolportowano prasę podziemną i szkolono żołnierzy - partyzantów. W lutym 1942 roku Związek Walki Zbrojnej został przemianowany na Armię Krajową (AK). Placówka "Dwór", obejmująca swoim działaniem teren  gminy Sędziszów pod komendą ppor. Romana Pacholca "Zadry", wyróżniała się spośród innych kilkunastu placówek jędrzejowskiego obwodu sprawną organizacją i żywą działalnością bojową, wzrastając liczebnie i mnożąc akcje sabotażu i dywersji. Likwidowano konfidentów, zdrajców własnej ojczyzny i rozbrajano niemieckich żołnierzy i funkcjonariuszy służb pomocniczych. Ta działalność szczególnie mocno dawała się we znaki okupantom, gdy w 1943 roku powstała komórka "Kedywu" - Kierownictwa Dywersji Armii Krajowej, dowodzona przez ppor. Ireneusza Maszczyńskiego "Blondyna" i jego zastępcę sierż. Stanisława Bolforskiego "Czołga".

Dziś nie sposób wymienić tych wszystkich żołnierzy podziemia, którzy przyczynili się do rozwoju ruchu oporu, ale też nie można pominąć tych, którzy szczególnie odznaczyli się w tej konspirancyjnej działalności, jak: Stanisław Boryń "Tygrys", Walery Janik  "Grząba", Jan Kulawik "Orlik", Ireneusz Maszczyński "Blondyn", Roman Pacholec "Zadra", Władysław Pajączek "Młot", Władysław Sobota "Skalny", Stefan Rajski "Zryw", Bracia Urbańscy: Edward "Szwejk" i Ignacy "Igur" oraz Józef Roliński "Rola".

Praca w konspiracji była niezwykle trudna, wymagała stałej czujności, wielkiej rozwagi, a przy tym także umiejętności kodowania i posługiwania się szyfrem. Było to szczególnie ważne, gdyż okupanci, dysponujący szeroko rozbudowanym i odpowiednio przeszkolonym aparatem wywiadowczym, pilnie śledzili przejawy działalności polskiego podziemia. Nasyłali różnego rodzaju szpicli i wykorzystywali miejscowych konfidentów. Szczególnie skrupulatnie w celach wywiadowczych  używali w Sędziszowie liczną niemiecką obsadę stacji i parowozowni. Wiedzieli bowiem, że tu najłatwiej jest członkom konspiracji zdobywać wiadomości o ruchach nieprzyjacielskiego wojska. Ponadto Polacy, pracujący na kolei, stanowili naturalne zaplecze dla podziemnych struktur zbrojnych w ich pracy wywiadowczej i kurierskiej.  Nieocenionym był, oprócz przewozu poczty, przewóz broni, ukrytej w węglu na tendrach parowozów. Szczególnie zaś dotkliwe dla okupanta były kolejarskie akcje sabotażowe.

Niemcy zaniepokojeni aktywnością polskiego podziemia, nasilili działalność terrorystyczną. W 1943 roku aresztowali kierownika szkoły Jana Szwaczkę i dwóch przedwojennych sekretarzy gminy: Jana Kurnatowskiego i Teofila Kowalczyka, którzy zginęli w obozie koncentracyjnym Gross-Rosen.

Tragedia sędziszowska rozpoczęła się w styczniu 1944 roku, gdy podczas rewizji w mieszkaniu Ziętarskich, żołnierzy Armii Krajowej, przyłapanych na kradzieży węgla z wagonu, żandarmii znaleźli konspiracyjną gazetkę "W marszu!" Aresztowani i torturowani chłopcy prawdopodobnie wyjawili jakieś tajne wiadomości, pozwalające oprawcom rozszyfrować siatkę organizacyjną placówki "Dwór". Już 8 lutego dostał się w niemieckie łapy Jan Kulawik "Orlik", jeden z pierwszych, bardzo zasłużony organizator podziemia i w miesiąc później rozstrzelany w Jędrzejowie. A po zgromadzeniu dalszych, bardziej szczegółowych danych osobowych, dotyczących działaczy podziemia, w nocy z 10 na 11 marca 1944 roku urządzili gestapowcy obławę w całej sędziszowskiej osadzie. W okolicy Rynku ujęli w mieszkaniu piekarza Józefa Pawłowskiego i jego dwóch synów - żołnierzy AK: Jerzego "Wichra" i Wiesława "Indianina" oraz drugiego piekarza Józefa Lipca a także  brata "Tygrysa" -  Zygmunta  Borynia "Szpintla" i jego sąsiadów: Kazimierza Fołtyna "Słowika" i Aleksandra Lisa "Łokietka". I  prawie wszystkich wymordowali w ciągu miesiąca. W następnej łapance niedługo potem ujęli i rozstrzelali dalszych żołnierzy AK z dowództwa placówki "Dwór": Władysława Pajączka "Młota" i Edwarda Urbańskiego "Szwejka". Na szczęście niektórym akowcom udało się uniknąć aresztowania owego tragicznego marcowego ranka. Ocalili życie: Stanisław Boryń "Tygrys", Mieczysław Grabowski "Lord", Stefan Rajski "Zryw",  Włodzimierz Kołkowski "Korsarz", do dziś żyjący, oraz jego ojciec. Jedni znaleźli się poza zasięgiem obławy, inni zostali w porę ostrzeżeni.  Henryk Mysiara "Pingwin", pomocnik maszynisty, zdołał ujść podczas pracy, ostrzeżony przed aresztowaniem przez pracującego w parowozowni młodego Niemca. 

Wszyscy żołnierze Armii Krajowej, którym udało się uniknąć aresztowania 11 marca 1944 roku, i ci, których zapewne znane były Niemcom ich nazwiska i adresy, a niektórych nawet stanowiska w konspiracyjnej działalności - byli "spaleni" i musieli się ukrywać. Najlepszym, a właściwie jedynym rozwiązaniem było wówczas pójść do lasu do partyzantki.

Sformowanie leśnego oddziału po tragicznej nocy 11 marca stało się koniecznością. A brak dotychczas jeszcze zorganizowanego w jędrzejowskim obwodzie oddziału partyzanckiego Armii Krajowej należało upatrywać  w niedostatecznie dużych obszarach leśnych, takich, jak w sąsiednich powiatach: włoszczowskim i kieleckim, gdzie już od 1943 roku działały silne zgrupowania partyzanckie. Patronat organizacyjny i zaopatrzenie materialne leśnego oddziału, jako plutonu Armii Krajowej przejęła komenda jędrzejowskiego obwodu AK i 17 kwietnia na pierwszą zbiórkę w lesie na Tarni stawiło się 20 żołnierzy-partyzantów. W imieniu komendy obwodu zbiórkę i pierwszą służbową odprawę prowadził por. Stanisław Gryń "Nałęcz" - szef podobwodu "Niwa". Dowódcą plutonu leśnego został mianowany kolejarz, ppor. rez. Stefan Rajski "Zryw", a jego zastępcą i szefem oddziału- podoficer zawodowy broni pancernej sierż. Stanisław Boryń  "Tygrys". Na drużynowych zostali wyznaczeni kapr. podchorąży Zbigniew Grabowski "Czarny" i plut. zawodowy Józef Ogórek "Pocisk". Jednogłośnie przyjęli partyzanci nazwę oddziału "Spaleni", adekwatną do ich sytuacji życiowej.

W ciągu nocy pluton pomaszerował w bezpieczniejsze miejsce, w głąb lasu majątku Krzelów, gdzie nastąpiło dalsze formowanie oddziału i organizowanie życia obozowego. Zostali też wyznaczeni żołnierze funkcyjni do zajęć gospodarczych. Dokonano także pierwszej rekwizycji w "ligenszafcie" majątku Krzelów pod zarządem niemieckim, zabierając parokonny wóz z zaprzęgiem, kilka zwierząt rzeźnych i kilka kwintali zboża chlebowego. Rozpoczęło się też szkolenie z zasad musztry wojskowej, podstaw regulaminu polowego i obchodzenia się z bronią.  Posiadanie broni w latach walki z okupantem, oprócz głównych zadań: atakowania i obrony, dawało ludziom w konspiracji, a szczególnie "spalonym", jakąś pewność siebie, jakąś wewnętrzną moc i siłę, chroniącą przed bojaźnią. Na podstawie obserwacji leśnych żołnierzy, można było też sądzić, że broń oddziaływała w dużym stopniu na psychikę tych, którzy z reguły ją posiadali.  Można nawet powiedzieć bez przesady, że stanowiła ona dla nich namiastkę wolności. Broń była dla nich czymś niezwykle cennym, pięknym, omalże świętym przedmiotem w rodzaju fetyszu. Było wielu partyzantów, jak mi opowiadano, którzy nie byli już w stanie i w późniejszym życiu odnosić się do żadnych rzeczy martwych z takim pietyzmem, jakim otaczali posiadaną broń w partyzantce. A na pewno nie miało to nic wspólnego z jakąś egzaltacją.

Mieszkańcy Sędziszowa z pełną aprobatą przyjęli wiadomość o utworzeniu leśnego oddziału wojskowego. Czuli się nawet zaszczyceni, że spośród kilkunastu placówek AK w powiecie jędrzejowskim, rozkaz wykonawczy otrzymała placówka "Dwór". Mieli nawet nadzieję, że miejscowe władze okupacyjne będą wstrzymywały akcje represyjne, obawiając się odwetu.

W czasie pierwszych tygodni trwało przystosowywanie się "Spalonych" do obozowego życia w partyzanckiej służbie: nocnych uciążliwych marszów, leśnych biwaków lub  kwaterowania w wiejskich chałupach i stodołach, męczącej służby na posterunkach ubezpieczeń i długich nieraz patroli. Ale ten ogrom dziennych i nocnych zajęć, choć często bardzo wyczerpujący, pozwalał w chwilach zwątpienia i frustracji zapomnieć o wojnie i stale grożącym niebezpieczeństwie ze strony okrutnego ciemiężcy. Na pierwszy terenowy zwiad ppor."Zryw" poprowadził swoich żołnierzy przez Mstyczów i Gniewięcin do lasu sieleckiego, gdzie znowu na kilkudniowym postoju przeprowadził wraz z "Tygrysem" dalsze szkolenie wojskowe.

Do końca kwietnia "Spaleni" nie podejmowali jeszcze działań zbrojnych, skierowanych bezpośrednio przeciw okupantowi. Natomiast w miejscach postoju i na drogach przemarszów, przeprowadzali bardzo ważną akcję policyjno-porządkową, ochronę i obronę mieszkańców wsi przed napadami i rabunkiem bandytów oraz przed uciskiem i wyzyskiem urzędników, nadmiernie wysługujących się Niemcom. Współpracując z Kedywem "Blondyna" i "Czołga" ujęli w Sędziszowie i "uziemili" w lesie Gródka 3 konfidentów i 4 bandytów, a 15 sprzedajnych sołtysów i wójtów należycie "wychłostali". Ale już samo pojawienie się we wsi "chłopców z lasu" podnosiło mieszkańców na duchu. Uciemiężona latami okupacji ludność wiejska witała z radością reprezentantów wojska i  Wolnej Polski. Trwały też nadal rekwizycje w "ligenszaftach" jako akcje aprowizacyjne. Z Łowini zabrali parokonny wóz z zaprzęgiem, kilka kwintali owsa, parę prosiąt, a z majątku Skroniów pod Jędrzejowem miód, cukier, 3 rowery i maszynę do pisania.

Pierwszą zbrojną akcją "Spalonych" był udział w uderzeniu na stację kolejową i parowozownię w Sędziszowie w nocy z 30 kwietnia na 1 maja 1944 roku. W połączeniu z sekcjami dywersji obwodu jędrzejowskiego pod dowództwem por."Nałęcza" - w sumie 90 ludzi, opanowali budynek stacji, urządzenia sygnalizacyjne trakcji kolejowej i parowozownię. W czasie akcji doszło do walki z użyciem broni maszynowej i granatów. Zabito kilku i raniono około 10 Niemców, przy 4 własnych rannych. Rozbrojono kilkunastu niemieckich kolejarzy i zdobyto karabiny, pistolety, granaty i sporo amunicji. Zniszczono w znacznej części instalację elektryczną, sieć telefoniczną i uszkodzono urządzenia sygnalizacyjne i nastawnicze. Poważnej awarii uległa obrotnica parowozów. Zdewastowano także warsztaty naprawy wagonów towarowych. Szkody wyrządzone okupantowi były dość znaczne, gdyż zaburzenie w ruchu pociągów trwało ponad dobę. Po ponadgodzinnej walce partyzanci wycofali się kilkoma grupami w rejon majątku Pawłowice, a stąd - bez żadnych przeszkód - pomaszerowali do lasu pod Nagłowicami.

Od szkód materialnych, dość znacznych, wyrządzonych niemieckim kolejarzom, ważniejszy był "wydźwięk" tej udanej akcji bojowej. Sędziszowską społeczność ogarnęła radość z poskromienia zarozumiałych, butnych i pogardliwie traktujących Polaków, hitlerowskich kolejarzy. Polscy kolejarze przyjęli to jako odwet za pomoc udzieloną oprawcom, dokonującym aresztowań tragicznej nocy 11 marca. Komenda obwodu AK w swoim sprawozdaniu sytuacyjnym wyraziła uznanie dla sprawności dowodzenia i ducha bojowego "Spalonych". Ta akcja bojowa wzbudziła również zainteresowanie najwyższych władz bezpieczeństwa i policji niemieckiej, jako godząca w sprawne działanie kolejnictwa. Toteż dokonali zemsty za ten czyn i rozstrzelali pod Jędrzejowem kilkudziesięciu działaczy lewicowych.

Niedługo po akcji w Sędziszowie oddział "Spalonych", rozkazem komendanta obwodu, został skierowany na północny-wschód od Jędrzejowa w rejon Kotlice - Korytnica do ubezpieczania zrzutu broni i amunicji na placówkę pod pseudonimem "Tarnina". Dotychczas jędrzejowski obwód AK otrzymał z Anglii dwa zrzuty z 4 skoczkami, oficerami "cichociemnymi", bronią, amunicją i sprzętem polowym. Wiadomość o tej akcji żołnierze "Zrywa" przyjęli z dużym zadowoleniem. Już bowiem sam udział w takiej akcji dostarczał wiele emocji i wspaniałych przeżyć. A broń i każdy przedmiot uzbrojenia zrzucony z samolotu, był wówczas szczególnie cenny. Zrzuty były też najbardziej przekonywującym dowodem i najważniejszym znakiem łączności i współdziałania leśnych żołnierzy z żołnierzami Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Dlatego ludzie, uczestniczący w zrzutach i odbiorze broni, przeżywali to tak głęboko i mocno.

Na zrzut oczekiwali kilka nocy, zanim nadeszła z Anglii wiadomość drogą radiową, że samolot z ładunkiem sprzętu bojowego, przeznaczonego na "Tarninę", leci już do Polski. Była jasna, księżycowa noc, więc wszyscy wierzyli, że zrzut na pewno się powiedzie. Około północy dał się słyszeć daleki warkot silnika samolotu, przemieszczający się w kierunku Pińczowa, ale nie dawał żadnych świetlnych, umówionych znaków. Wszystko ucichło i nie wiadomo było, dlaczego tak bardzo oczekiwana "nasza" maszyna nie przyleciała nad "Tarninę". Zawiedzeni, zmęczeni nocnym czuwaniem i zziębnięci żołnierze "Zrywa", opuszczali zrzutowisko ze smutnymi minami, ale i z przeświadczeniem, że na pewno następny zrzut już się powiedzie.

Jeszcze tej samej nocy ppor."Zryw" poprowadził swój pluton ku wsi Piotrkowice w kierunku Chmielnika. Nie zmieniając w dzień miejsca postoju żołnierzy, sam przeprowadził dokładne rozpoznanie terenu i prowadził wywiad wśród miejscowej ludności, dotyczący folwarku Tarnoskała z zamiarem uderzenia na kwaterujący w folwarku niemiecki posterunek obserwacji lotniczej. Kilkunastu Niemców, stanowiących obsadę posterunku, zajmowało w folwarku jeden z murowanych piętrowych budynków wzniesionych na szczycie wzgórza, dominującego nad najbliższą okolicą. Niemcy panowali więc nad nią zasięgiem obserwacji i skutecznością ognia swojej broni. Ponadto byli dość czujni, ponieważ doznali już ataków żołnierzy leśnego oddziału Mariana Sołtysiaka "Barabasza". Okna na parterze były zawsze zamknięte i zasłonięte. W tych warunkach żaden "skok" za dnia nie wchodził w rachubę.  Rozbroić Niemców można było tylko podstępem: wejść wieczorem przez otwarte okienko do piwnicy.  Do tej akcji pod dowództwem "Zrywa" zgłosiło się 8 ochotników: sierżant Stanisław Boryń "Tygrys",  plutonowy Józef Ogórek "Pocisk", plutonowy Józef  Szczerba "Czołg" i szeregowcy: Piotr Dolny "Strzała", Józef Noculak "Las", Jan Świtała "Odys" i dwaj bracia Wesołowscy: Leszek "Strzała" i Wiesław "Orzeł". Z nadejściem zmroku weszli przez okienko do piwnicy i po ciemku przesiedzieli w niej przez całą noc. A gdy rano Niemcy otworzyli drzwi wejściowe, aby wpuścić usługującą im kobietę i otworzyli drzwi oddzielające parter od piętra, partyzanci wyskoczyli z piwnicy i dostali się na parter i piętro. Niemcy zostali tak zaskoczeni, że trzęśli się ze strachu i, nie stawiając żadnego oporu, podnieśli ręce do góry. Kilku było jeszcze w łóżkach, inni dopiero się ubierali. Wszystkich spędzono na piętro, na rozkaz legli na podłodze i, przykryci kocem, leżeli nieruchomo. Akcja opanowania budynku trwała zaledwie kilka minut. Jednocześnie zaczęto zabierać bezcenną zdobycz: karabin maszynowy, 5 pistoletów maszynowych, "MP" i "Sten", 14 karabinów, kilkanaście ręcznych pistoletów, granaty i sporo amunicji różnego kalibru. Zabrano kilkanaście sztuk różnego umundurowania i wyposażenia żołnierskiego, bieliznę osobistą, pościelową i koce. Na koniec zdemontowano urządzenia radiolokacyjne i zabrano najnowszej generacji radioodbiornik. Zdołano nawet zabrać trochę naczyń kuchennych. Cała zdobycz ledwie się mieściła na parokonnym wozie. Niemców zostawiono tylko w bieliźnie.

Po mistrzowsku wykonana akcja dywersyjna trwała zaledwie kilkanaście minut i zakończyła się błyskawicznie odskokiem do lasu pod Kotlicami, bez jednego wystrzału.  Nie było też widocznego niemieckiego pościgu. Wprawdzie po południu zauważono kilkunastu niemieckich żandarmów, którzy, bojąc się wejść w głąb lasu, zatrzymali się na jego skraju i wkrótce odjechali. A w szeregach partyzanckiej braci trwała radość przy rozdziale zdobytych żołnierskich dóbr. Wzrosła wiara we własne siły i w celowość ponoszenia partyzanckiego trudu.

Po  krótkim odpoczynku w Kotlicach, podczas przekraczania pod Rudkami toru kolejowego Jędrzejów - Kielce, "Spaleni" natknęli się na niemiecki patrol, kontrolujący torowisko. Doszło do wymiany ognia, lecz pod ostrzałem z karabinu maszynowego, Niemcy szybko wycofali się z walki. Szczęśliwie obyło się bez własnych strat i nikt nie został raniony. Po tej przygodzie, maszerując prawie dobę lasami nadleśnictwa Jędrzejów, "Spaleni" zatrzymali się na dłuższy wypoczynek we wsi Mniszek. Od mieszkańców wsi dowiedzieli się, że niemieccy żołnierze przyjeżdżają codziennie do pobliskiego lasu po drewno. Tego dnia przyjechały dwa wozy tylko z uzbrojonymi  woźnicami. W urządzonej przez "Tygrysa" zasadzce  wozy zarekwirowano, a woźniców wzięto do "niewoli". Obydwaj Niemcy, ludzie w starszym wieku, przesiedzieli przez cały dzień na ławce pod strażą,  dostali posiłek, a przed wieczorem "Zryw" kazał ich wypuścić. Gdy się Niemcy o tym dowiedzieli, popłakali się z radości. Byli tym faktem tak głęboko poruszeni, że oprócz uniżonych podziękowań obiecali gospodarzowi, pod którego domem siedzieli, piwo i cygara. I podobno obietnicy dotrzymali. A pisząc o tym fakcie, nasunęła mi się refleksja: ileż w tych Polakach, maltretowanych i gnębionych przez okrutnych najeźdźców, było jeszcze humanizmu i dobroci.

Kolejną na większą skalę akcją "Spalonych", w której - jak w uderzeniu na stację kolejową w Sędziszowie - brała udział dywersyjna grupa z Wodzisławia  porucznika Stanisława Grynia "Nałęcza", było  opanowanie bojowe  nocą z 22 na 23 maja 1944 roku  części miasta Jędrzejowa i konfiskata towarów z niemieckich magazynów "Renesans". Było to trudne i ryzykowne przedsięwzięcie, ponieważ w mieście stacjonowało kilka jednostek wojska, żandarmeria polowa, policja i straż kolejowa - w sumie ponad 500 ludzi uzbrojonych częściowo w broń maszynową.  Liczono jednak na sukces przez zaskoczenie rozproszonych sił niemieckich i widocznymi oznakami strachu Niemców przed nocnymi starciami z coraz większym potencjałem bojowym polskiej partyzantki. Wszystko odbyło się niespodziewanie łatwo:  bez jednego wystrzału i bez żadnych niespodziewanych wydarzeń opanowano  magazyn i załadowano 12 wozów materiałami tekstylnymi, bielizną damską i męską, konfekcją i różnymi rodzajami skór. Akcja została przeprowadzona niemal wzorowo, na podstawie planu  starannie przygotowanego przez Eugeniusza Adamczyka "Wiktora" z wywiadu Armii Krajowej, "wtyczki" w niemieckiej policji kryminalnej. Po akcji, krótko przed świtem, wycofali się partyzanci z zarekwirowanym towarem do lasu w pobliże wsi Caców, i gdy zmęczeni nocną akcją i marszem myśleli o zasłużonym odpoczynku, zauważyli posuwający się drogą polną około pół kilometra od lasu  czterdziestoosobowy oddział niemieckiej żandarmerii polowej. Szli wolno, jakby zmęczeni, zatrzymywali się i siadali, a w końcu pomaszerowali w przeciwnym do lasu kierunku. Nie zdołano niestety ustalić, czy był to pościg po akcji w Jędrzejowie, czy jakaś forma terenowych zajęć wojskowych.

Na początku czerwca "Spaleni" znowu znaleźli się w bliskich mi leśnych obszarach okolic Sędziszowa. Przeprowadzili akcję rekwiracyjną w majątku Krzelów i zabrali 3 pary koni z wozami, 4 prosięta i ponad 10 kwintali zboża. Jak przystało na "urzędową" akcję, wystawili pokwitowanie z podpisem: <"Zryw" - ppor., komendant grupy>. Stamtąd  przeszli  w rejon Wodzisławia, do  wsi Sadki,w której "Zryw" bardzo lubił kwaterować.

W tym czasie w Wodzisławiu i w przyległych wsiach działali uzbrojeni niemieccy urzędnicy z krakowskiej akcyzy, którzy za nieodstawiony na czas kontyngent liści tytoniowych, nakładali na plantatorów wysokie kary, łącznie ze skazaniem na obóz koncentracyjny. Dnia 9 czerwca jechali dwiema bryczkami z Wodzisławia do stacji kolejowej w Sędziszowie. Powiadomiony o tym "Zryw", wraz z 5 swoimi żołnierzami wyruszył za nimi w pogoń parokonnym wozem. Dopędził ich na szosie pomiędzy Kazinami i Zielonkami,  zażądał poddania się i oddania broni. W chwili jednak, gdy usiłowali chwycić za broń i podjąć walkę, zostali śmiertelnie ostrzelani. Zginęło 4 Niemców i 2 zostało ranionych. "Spaleni" zdobyli 4 karabiny i 4 pistolety i bez strat odjechali w stronę Wodzisławia.

Nazajutrz, 10 czerwca, nastąpiło starcie na stacji Sędziszów, kiedy kilku partyzantów "Zrywa" wraz z dywersyjną drużyną "Blondyna" rozbroiło 2 niemieckich żołnierzy. W wyniku strzelaniny, jaka wywiązała się ze spieszącymi im na pomoc strażnikami kolejowymi, postrzelono 3 strażników, ale i raniony  w nogę został podporucznik "Blondyn". Zdobyto pistolet maszynowy MP i karabin.

Od bohaterskiej akcji na Tarnoskałę, udawały się wszystkie kolejne "skoki" "Zrywa" i jego partyzantów. Nie ponosząc strat w ludziach, "zlikwidowali" i ranili kilku Niemców, zdobyli kilkadziesiąt sztuk broni i spory zapas amunicji. To umocniło "Spalonych" i ich dowódcę w poczuciu pewności siebie i wierze w szczęśliwą gwiazdę oddziału. Według dokumentu z końca czerwca, przesłanego przez komendanta jędrzejowskiego obwodu AK do kieleckiego inspektora AK, pluton leśny AK "Spaleni" liczył 70  ludzi, w tym 1 oficera, 2 podchorążych, 3 sierżantów, 8 kaprali i 53 strzelców. Uzbrojenie plutonu wynosiło: 1 karabin maszynowy, 8 pistoletów maszynowych, 52 karabiny i 12 pistoletów. Był to więc oddział wojskowy zdolny do samodzielnej walki z nieprzyjacielem. A wyprzedzając nieco bieg wydarzeń, obliczono, że w ciągu okresu istnienia "Spalonych", przez ich szeregi przewinęło się ponad 100 ludzi. Najdłużej pod rozkazami "Zrywa" i "Tygrysa"  służyło 85 żołnierzy, z tego 25 pochodziło z Sędziszowa, pozostali w przeważającej liczbie rekrutowali się z okolicznych wsi powiatu jędrzejowskiego. Więc około 70% partyzantów walczyło z okupantem o wyzwolenie na ojczystej ziemi.

Życie w partyzanckim oddziale wojskowym nie było jednym pasmem poważniejszych akcji bojowych, mnie lub bardziej efektownych "skoków". Dzieliły je okresy zwyczajnych, szarych dni:  uciążliwych marszów nocnych, służby  patrolowej i wartowniczej. A w czasie spokojniejszych dni, oprócz odsypiania marszowych nocy i zaspokajania młodzieńczego apetytu, odbywało się szkolenie, czyszczenie broni, porządkowanie obozowego gospodarstwa, zabiegi higieny osobistej, pranie bielizny i odzieży. W tej ostatniej czynności, w miejscach dłuższego postoju, bardzo chętnie pomagały wiejskie kobiety. One też często wypiekały chleb, a nierzadko pomagały kucharzowi oddziału w przyrządzaniu posiłków. Zdarzyło się nawet kilka razy, że robiły makaron do rosołu dla całego oddziału. Wielka szkoda,  że spontaniczny udział wiejskich kobiet w pomocy oddziałom leśnym ruchu oporu, często z narażeniem życia, nie doczekał się jeszcze takiego historycznego opracowania, na jakie zasługuje.

Na zajęcia kulturalne pozostawał "Spalonym" czas po zbiórce do wieczornego apelu, odczytaniu rozkazu dziennego dowódcy i odśpiewaniu wieczornej modlitwy. Po kolacji słuchali audycji radia londyńskiego z radioodbiornika zdobytego na Tarnoskale. Czasem czytali książki, ale najczęściej, dla pokrzepienia serc, śpiewali swoje ulubione patriotyczne pieśni. Najbardziej uroczystym własnym utworem była pieśń  "Marsz partyzancki", wykonywana zaraz po apelu, nierzadko w gronie przygodnych słuchaczy. Niejako od święta, w chwilach załamania i frustracji śpiewali błagalny hymn  Polski podziemnej "O! Panie, któryś jest na niebie...", a po nim - dla podniesienia na duchu - "Marsz, marsz Polonia". Natomiast gwoli rozrywki i rozweselenia wykonywali wesołą, pełną humoru piosenkę zatytułowaną "Sędziszowscy partyzanci", której słowa ułożył Ignacy Urbański "Igur". Na początku piosenka miała kilka zwrotek, ale szybko dopisywano nowe, obrazujące satyrycznie brawurową odwagę i sukcesy bojowe wyróżniających się żołnierzy - partyzantów.

Oddział posiadał też swoją odznakę: Orła Białego na czerwonym tle i z napisem D.W."Spaleni" wyszytą na opasce, noszonej na lewym rękawie. Pomysłodawczyni tego  emblematu - Katarzyna Kowalczykowa - znalazła po wojnie taką opaskę w lesie koło miejscowości Mniszek, częstego pobytu oddziału i przekazała do Muzeum Wojska Polskiego, gdzie jako pamiątka świadczy o istnieniu "Spalonych".

W drugiej połowie czerwca, w związku z niepowodzeniami na frontach wojny i ze zbliżaniem się do Wisły wojsk armii radzieckiej, wśród administracji niemieckiej pojawiły się wyraźne oznaki paniki. Zmniejszyło się też ryzyko odwetu niemieckich organów bezpieczeństwa i policji po każdym "skoku", dlatego "Spaleni", jak zresztą i inne grupy partyzanckie, rozpoczęli w szerszym zakresie i nawet w dzień dywersyjną działalność przeciw okupacyjnej administracji i gospodarce. Wydzielona grupa pod wodzą "Tygrysa" dokonywała niszczenia i likwidacji dokumentacji kontyngentowej w gminach i mleczarniach, ratując gospodarzy przed srogimi karami, aresztem a nawet wywózką do obozów koncentracyjnych. Taką akcję przeprowadzili w Wodzisławiu, Mierowicach, Moczydle i kilku innych. A kiedy ewakuujący się niemieccy urzędnicy  zabrali kilkanaście rasowych krów zarodowych z Łowinii, "Spaleni" rozpoczęli przeciwdziałanie, rozprowadzając z innych "ligenszaftów" rasowe bydło po zagrodach chłopskich dla zachowania na przyszłość, po klęsce Niemiec, materiału zarodowego. Nie były to jakieś "znaczne" skoki, jak na Tarnoskałę, czy stację Sędziszów. Jeżeli jednak zważyć, że tych "gospodarczych" akcji było wiele, że podejmowane były w różnym czasie - to ich efekt był widoczny, a szkody wyrządzone okupantowi były niemałe. Podobnie miała się rzecz z akcjami wymierzania kar przez "Spalonych" tym ludziom, którzy wysługiwali się Niemcom. A nie były to też przypadki rzadkie. Miały one w tamtych czasach ogromne znaczenie psychologiczne.

W drugiej połowie czerwca 1944 roku oddział "Zrywa" spotkało wyróżnienie. Rozkazem dowódcy jędrzejowskiego obwodu AK, "Spaleni" zostali skierowani do ubezpieczenia głośnego wówczas szkolenia saperskiego, jakie odbyło się 24 i 25 czerwca pod Dzierążnią w powiecie włoszczowskim. Uczestniczyło w nim około 180 ludzi z obu powiatów. Szkoleniowe ćwiczenia sapersko - minerskie miały za zadanie pokaz i praktyczne pouczenie wykonywania podstawowych czynności minerskich z nowym  zrzutowym materiałem wybuchowym - plastikiem. Wysadzanie transportów kolejowych wycofujących się z frontu niemieckiego wojska, stawało się wówczas pierwszoplanowym zadaniem partyzantów. Szkolenie zorganizowano z wielkim rozmachem, a na zakończenie uzupełnienia wiedzy teoretycznej dokonano spektakularnej detonacji, odpalenia ładunku podłożonego pod grube drzewo, które wyrwane z korzeniami wyleciało na wysokość kilku metrów. Odgłosy tej detonacji musiały być słyszalne zapewne dość daleko. Dlatego zaczęto obawiać się dekonspiracji ćwiczeń, ale na szczęście nie było żadnej reakcji ze strony okupantów.

Ćwiczenia zorganizowane i niemal  wykonane wzorowo, spotkały się z uznaniem przełożonych, a uczestnicy poczuli się prawdziwym wojskiem. Zajęcia odbywały się według wszelkich zasad wojskowego regulaminu, a wyżywienie zabezpieczyła kuchnia polowa. Oddział "Zrywa" w ubezpieczaniu zajęć wykazał się odpowiednim wyszkoleniem wojskowym i znajomością zasad wykonywanej funkcji. Sam "Zryw", w oficerskim mundurze z przewieszonym przez szyję pistoletem maszynowym, wyglądał rzeczywiście bojowo, gdy konno objeżdżał posterunki ubezpieczeń.

Od początku lipca, gdy Niemcy rozpoczęli szykować obronę na lewym brzegu Wisły, na szosach powiatu jędrzejowskiego wzmógł się znacznie ruch pojazdów wojskowych i coraz częściej można było spotkać ich oddziały, kwaterujące po wsiach i miasteczkach. Zaczęło to ograniczać swobodę ruchu "Spalonych" i zmuszało do lepszego niż dotychczas rozpoznania terenu, zwłaszcza na trasach zamierzonych marszów i miejsc postoju. A krótkie noce ledwo wystarczały na kilkukilometrowy, skryty w ciemności, przemarsz.

W nocy z 6 na 7 lipca, po forsownym marszu, "Spaleni" zatrzymali się na dłuższy postój we wsi Sadek, nieopodal Wodzisławia. Nad ranem 8 lipca "Zryw" został powiadomiony przez gońca z placówki AK w Wodzisławiu o groźnym dla oddziału niebezpieczeństwie, w związku z przygotowywaną przez Niemców obławą. I jak doniósł wywiad AK, Niemcy zgromadzili kilkuset ludzi, głównie żandarmów z Jędrzejowa i sąsiednich posterunków, a także saperów budujących lotnisko pod Skroniowem."Zryw" nie zdążył już wiele zdziałać, ponieważ niemiecki atak nastąpił wczesnym  popołudniem. I mimo liczebnej przewagi nieprzyjaciela, walka toczyła się pomyślnie dla "Spalonych". "Zryw", leżąc na pierwszej linii ognia, skutecznie ostrzeliwał ataki żandarmów. W pewnej chwili, od strony atakującego nieprzyjaciela, dał się słyszeć głos: "Chcę mówić z dowódcą". Na to "Zryw" powstał i powiedział: "Jestem". I w tym momencie został śmiertelnie trafiony pociskiem karabinowym w głowę. Dowodzenie bitwą przejął natychmiast "Tygrys" i rozpoczął wycofywanie oddziału, w którym pojawiły się objawy paniki. Zdołał je jednak opanować i przygotować obronę. Nieprzyjaciel straciwszy 4 żandarmów, zabrał zabitych i zdobyte dwa taborowe wozy i wycofał się w kierunku Nawarzyc.

W potyczce z przeważającymi siłami nieprzyjaciela zginął bohaterski dowódca. Oddział "Spaleni" uległ rozbiciu i panice, nastąpiła dezercja kilkunastu partyzantów. "Spaleni" prawie całkowicie zostali pozbawieni zabezpieczenia taborowego i wszystkich rzeczy osobistych. Na zabranych przez Niemców dwóch parokonnych wozach przepadły koce, pościel, chlebaki i torby podręczne oraz wierzchnie okrycia. Niektórzy żołnierze zostali tylko w spodniach i koszulach. Cenną dla Niemców zdobyczą był nowoczesny radioodbiornik i aparat fotograficzny z częściowo naświetloną kliszą.

Wszyscy obecni zrozumieli, że bolesna strata dowódcy, nieudana potyczka z Niemcami, dezercja części żołnierzy i utrata zasobów materialnych - wszystko to wymaga niejako od nowa organizowania życia w oddziale. Wieczorem przewieźli ciało poległego dowódcy przez las sielecki do wsi Podsadek, gdzie wykonano trumnę.  Następnej nocy przewieziono zwłoki do Tarnawy i tam na cmentarzu złożono  w grobie jakiejś rodziny. Dopiero kilka lat po wojnie prochy podporucznika Stefana Rajskiego, bohaterskiego partyzanta, przewiozła rodzina do Bochni.

Jako żołnierz był Stefan Rajski "Zryw" do szaleństwa bojowy i odważny. Od podstaw stworzył pierwszy na jędrzejowskiej ziemi leśny oddział wojskowy, stanowiący znaczącą siłę bojową. On sam i jego żołnierze odegrali dużą rolę w podtrzymaniu ducha patriotyzmu, głównie na wsi, gdzie najczęściej kwaterowali. Dla nich oddział "Spalonych" i jego dowódca byli przedstawicielami Wolnej Polski i jej wojska. W "Zrywie" widziano też tego,  który tępiąc pospolitych bandytów, szpicli i donosicieli, starał się zapewnić im chociaż trochę spokojniejsze życie.

Gdy dowodzenie oddziałem przeszło w ręce zawodowego wojskowego sierżanta broni pancernej Stanisława Borynia "Tygrysa", pojawiły się  i miały miejsce obiektywne fakty, wymagające bardziej ścisłego podporządkowania się dowództwu wyższego szczebla. Oddział "Spalonych" musiał działać jako pluton regularnego wojska i "Tygrys" rozpoczął organizować go niejako od nowa. Funkcję swego zastępcy powierzył sierżantowi Henrykowi Szczerbińskiemu "Jaśminowi", a szefem oddziału uczynił sierżanta Józefa Szczerbę "Czołga". Drużynowymi zostali mianowani: kapral podchorąży Zbigniew Białkiewicz "Świerk", kapral podchorąży Zbigniew Grabowski "Czarny" i plutonowy zawodowy Józef Ogórek "Pocisk". Z oddziału odeszło sporo ludzi, a u tych, którzy wytrwali panowało przygnębienie po śmierci i pogrzebie dowódcy. Ten wielki dramat nie mógł nie pozostawić głębokich śladów w sercach i umysłach wielu partyzantów, zwłaszcza tych najbardziej wrażliwych i mniej  odpornych na przeciwności losu. Powodem do stałych narzekań były  też braki w wyposażeniu i zaopatrzeniu oddziału, których, mimo kilku rekwizycji, nie udało się usunąć. Impas trwał i  wyjście z niego mogło się dokonać tylko poprzez odprawę służbową z kapitanem "Mirem" - komendantem jędrzejowskiego obwodu AK. Doszło do niej 14 lipca pod Kanicami. Stanęli w dwuszeregu. "Tygrys" zameldował  przybycie plutonu na odprawę. W swoim wystąpieniu kapitan "Mir" wyraził głębokie ubolewanie z powodu niefortunnej potyczki i śmierci dowódcy, ale też pocieszył i dodał otuchy sfrustrowanym żołnierzom z racji szczęśliwego wyjścia z ciężkiej opresji. A potem w indywidualnych rozmowach przed frontem plutonu, z ojcowską wyrozumiałością odnosił się do ich problemów. Przed zakończeniem odprawy zatwierdził zmiany organizacyjne i personalne, dokonane przez nowego dowódcę i obiecał pomoc materialną w wyposażeniu plutonu.

Odprawa z kapitanem "Mirem" wzmocniła pozycję "Tygrysa", jako dowódcy, a pluton "Spaleni", w którym pozostało tylko 45 żołnierzy - partyzantów rozpoczął nowy okres  swej krótkiej , ale jakże bujnej historii. Odbudowę jego siły bojowej rozpoczął "Tygrys" od szybkiej poprawy wyposażenia i zaprowiantowania, we współdziałaniu z terenową siatką Armii Krajowej, a nawet z ludźmi niezwiązanymi z konspiracją. Przeprowadził kilka rekwizycji w młynach i "ligenszaftach" w Jaronowicach, Rakoszynie i Łowinii, zaopatrując się w produkty spożywcze.

A tymczasem, jak w  kalejdoskopie, toczyły się wydarzenia wojenne i polityczne. Rozpoczął się odwrót wojsk niemieckich na wszystkich frontach wojennych. Na froncie  wschodnim armia sowiecka dotarła do linii Wisły i zdobyła przyczółki pod Baranowem i Sandomierzem - na lewym brzegu rzeki. Pojawiające się patrole radzieckie, wzmacniane polskimi partyzantami na obrzeżach Chmielnika, Buska i Pińczowa, spowodowały panikę ewakuacyjną wśród Niemców. Dzień i noc w stronę Nagłowic i Szczekocin pędziły ciężarówki z cywilami i  wycofywanymi z  frontu i  niezdolnymi  do walki  żołnierzami.

Ten widok wyraźnie odczuwalny przez społeczeństwo, jako zmierzch hitlerowskiego panowania, wzbudził entuzjastyczne pragnienie czynnej walki o wyzwolenie. Dużo młodzieży, zwłaszcza wiejskiej, zbiegło do lasu, do partyzantki. Kwaterujący w Łowinii "Tygrys" rozpoczął 21 lipca nabór ludzi, skierowanych przez okoliczne placówki Armii Krajowej. W ciągu zaledwie kilku dni przyjął 15 mężczyzn, głównie z Sędziszowa i przeważnie przeszkolonych wojskowo. Oddział "Spalonych", powiększony do 60 żołnierzy, stał się znowu zdolny do samodzielnych działań bojowych w terenie.

W czasie tego poboru 26 lipca został "Tygrys" w trybie pilnym wezwany na odprawę, do przebywającego w pobliskich Słaboszowicach komendanta obwodu kapitana "Mira". Na mocy jego rozkazu pluton "Spaleni" został niezwłocznie skierowany w rejon Gór Świętokrzyskich, gdzie odbywała się koncentracja jednostek bojowych Armii Krajowej, mobilizowanych w ramach planu "Burza" - przygotowywanego od 2 lat ogólnonarodowego powstania. Plan zakładał, że zmobilizowane jednostki bojowe będą obsadzać miejscowości, opuszczane przez wycofujące się w popłochu wojsko niemieckie, jeszcze przed wkroczeniem "sojuszniczej" Armii Czerwonej i odziałów utworzonej w ZSRR Armii Polskiej.

W związku z tym, rozkaz komendanta kielecko - radomskiego okręgu przewidywał sformowanie na terenie Kielecczyzny 3 związków dywizyjnych i 2 brygad. Jeden z pułków I brygady - 4.Pułk Piechoty Legionów AK, spadkobierca tradycji stacjonującego przed wojną w Kielcach o  tej samej nazwie pułku piechoty, był częściowo tworzony w rejonie Daleszyc, na południowy wschód od Kielc. Był tam mobilizowany I batalion tego pułku, dowodzony przez por.Maksymiliana Lorenca "Katarzynę". W skład tego batalionu miał wejść oddział "Spalonych" jako IV kompania. Rozkaz "Mira" zawierał też wytyczne, dotyczące drogi marszu na koncentrację i miejsc kontaktów, jakie należało nawiązać z terenową siatką AK. Na dozbrojenie otrzymają "Spaleni" w czasie drogi nową broń ze zrzutów.

Jeszcze tego samego wieczoru 26 lipca wyruszył oddział w drogę. Już na początku marszu - zgodnie z rozkazem "Mira" -  wysłał "Tygrys" podchorążego "Czarnego" - Grabowskiego z dwoma żołnierzami po broń  do Tyńca, a oddział, po forsownym marszu w ciągu nocy, stanął nad ranem w Kotlicach, swojej starej melinie na dobrze znanym terenie i wśród życzliwych, przyjaznych ludzi. Tu dołączył "Czarny" ze zrzutową  amerykańską bronią. Każdą sztukę broni partyzanci podawali sobie z rąk do rąk, podziwiając z zachwytem nowoczesność jej konstrukcji i łatwość obsługi. Z nadejściem nocy oddział wyszedł z Kotlic, przeprawił się po brodzie przez Nidę i maszerując przez Korytnicę  i Chmielowice dotarł nad ranem do małej wioski Zbrza, przy granicy z powiatem kieleckim. Ludzie  tu już przywykli do partyzantów, gdyż od jesieni 1943 roku zachodziły tu często drużyny z oddziału "Barabasza". Aby nie zdradzić swojej obecności wobec co jakiś czas przejeżdżających drogą Niemców, dzień 28 lipca spędzili "Spaleni" ukryci w chłopskich zagrodach, oczekując na spotkanie z por."Katarzyną", który miał ich doprowadzić do miejsca koncentracji. Ale on, bardzo zajęty, po krótkiej rozmowie i wskazaniu celu marszu odjechał, a obiecany przez niego łącznik, mający "Spalonych" ubezpieczać, do Zbrzy nie dojechał z powodu zablokowania drogi przez duży oddział niemieckiego wojska. Maszerowali więc "Spaleni" bez przewodnika, potykając się nocą w nieznanym terenie, przez lasy i wsie: Lisów, Górki i miasteczko Pierzchnicę, w której - także nie uzyskawszy kontaktu z miejscową siatką AK - o głodzie, padając ze zmęczenia doszli do rejonu wsi Cisów i Widełki w Górach Świętokrzyskich. Tam wreszcie mógł "Tygrys" zameldować się "Katarzynie", który wskazał mu na miejsce postoju pobliską gajówkę, nie podając żadnych danych dotyczących zakwaterowania i wyżywienia.

Sytuację, w jakiej znaleźli się wówczas "Spaleni" i to, co działo się pod Daleszycami w czasie formowania I batalionu 4.Pułku Piechoty Legionów AK, obrazowo przedstawił Marian Sołtysiak "Barabasz" w swojej książce "Chłopcy Barabasza":< Każdego dnia przychodziły dziesiątki ludzi ze skierowaniami od władz terenowych, aby ich przyjąć i przydzielić im broń. Rozpoczął się żywiołowy pęd do lasu. Władze obwodowe i okręgowe zasypywały oddział  instrukcjami i rozkazami, na teren obozu zajeżdżały furmanki z żywnością i odzieżą, przyjeżdżali ludzie pełni zapału i wiary, którzy od pierwszego dnia domagali się wysłania ich na patrol do walki z wrogiem.>

W Górach Świętokrzyskich oddział "Spalonych" rzeczywiście głodował, nie dostał nawet obiecanej dostawy chleba. Mieli ze sobą na szczęście termos z kawą zbożową, mogli więc przynajmniej ugasić pragnienie w czasie lipcowych upałów. "Spaleni" nie byli  jednak pierwszymi polskimi żołnierzami, którzy chęć i zapał do walki z nieprzyjacielem musieli łączyć z poniewierką i głodowaniem. Zapamiętałem wierszyk, którego nauczyłem się w sędziszowskiej szkole: "Idzie żołnierz borem, lasem, przymierając z głodu czasem".

I nie dotarłszy do samego centrum wydarzeń w Daleszycach, w czasie postoju w gajówce koło Cisowa dnia 31 lipca odebrał "Tygrys" od "Katarzyny" rozkaz komendanta kieleckiego obwodu AK, nakazujący powrót oddziału na swój macierzysty teren, w związku z formowaniem się Jędrzejowskiego Pułku Piechoty AK, w skład  którego mają wejść "Spaleni". Przyjęli tę wiadomość z zadowoleniem, jakie  towarzyszy każdemu, kto powraca w swe rodzinne strony. W drogę powrotną wyruszyli następnego dnia przez wsie Pniaki i Osiny do Pierzchnicy. Tu, oczekując na przekroczenie szosy Kielce - Chmielnik, musieli ukryć się w chłopskich chatach, ponieważ szosą przeciągały nieprzerwanie długie kolumny niemieckiego wojska, czołgów i artylerii w kierunku Chmielnika. Po długim, kilkugodzinnym oczekiwaniu nastąpiła przerwa, ale tylko pozwalająca na przemieszczenie przez szosę taboru, a przeprawa całego oddziału nastąpiła dopiero późnym wieczorem i to z bronią gotową do strzału, w razie nieoczekiwanego ataku nieprzyjaciela. Dobrze się już ściemniało, gdy doszli do wsi Górki odległej od Pierzchnicy niecałą godzinę drogi. Tutaj patriotyczna ludność uszczęśliwiona z przybycia polskiego wojska, zgotowała partyzantom serdeczne przyjęcie. Oddział wreszcie posilił się do syta i odpoczął całą dobę. Dopiero nazajutrz późnym wieczorem odmaszerował  w dalszą drogę, żegnany przez gościnnych gospodarzy.

W ciągu tego tygodnia, jaki upłynął od wymarszu "Spalonych" na koncentrację w rejonie Daleszyc, "Tygrys" nie miał żadnych kontaktów, ani z komendą obwodu jędrzejowskiego, ani z jego siatką terenową. Nie otrzymał też od por. "Katarzyny" nawet przybliżonych informacji, gdzie jest mobilizowany Jędrzejowski Pułk Piechoty AK. Jako doświadczony żołnierz i partyzant miał prawo  przypuszczać, że tak duża jednostka bojowa jak pułk może być formowana tylko w rejonie większych obszarów leśnych, a takie znajdowały się na północny - zachód od Jędrzejowa, w okolicy Tyńca. Doprowadził więc oddział do Korytnicy na dłuższy postój pod dowództwem "Jaśmina",  a sam z podchorążym "Czarnym" Grabowskim i woźnicą "Głazem" Gradem ruszył w drogę parokonnym wozem, dobrze znanymi sobie drogami przez Rudki i Mniszek, dojeżdżając wieczorem  do Tyńca. Napotykani po drodze znajomi mówili mu o zachowaniu ostrożności wobec szybko narastającej  liczbie Niemców w terenie.

W Tyńcu zastał "Tygrys" prawie całkowicie sformowany I batalion Jędrzejowskiego Pułku Piechoty AK pod dowództwem por.Józefa Kurka "Halnego". Uzyskał też wiadomość, że po następny kontakt winien się udać do folwarku leśniczówki Wojciechów w lasach krzelowskich. Jeszcze więc tego samego dnia, jadąc przez Cierno, Warzyn, Deszno, Sosnowiec i Tarnawę dojechał przed wieczorem do Wojciechowa. W leśniczówce zastał "Nałęcza" i "Blondyna", szykujących się na odprawę u kapitana "Mira", kwaterującego w Słaboszowicach. Z radością przyjęli przybycie "Tygrysa", który był również oczekiwany przez kapitana "Mira". Wcześniej jednak "Tygrys" był zmuszony przesłać "Jaśminowi" rozkaz przemieszczania się oddziału "Spalonych" w kierunku lasów krzelowskich. Przez Swaryszów i Tarnawę dojechał do Marianowa, gdzie spotkał się z żoną Marią Boryń "Mabą" - żołnierzem AK - i w charakterze łącznika wysłał ją do Korytnicy, aby przekazała "Jaśminowi" rozkaz doprowadzenia oddziału do Łysakowa pod Jędrzejowem, dokąd on po odprawie dojedzie. Sam zaś udał się na odprawę do Słaboszowic. Złożył komendantowi "Mirowi" meldunek z przebiegu marszu do Daleszyc w Góry Świętokrzyskie i przedstawił stan osobowy i miejsce postoju "Spalonych". Z kolei kapitan "Mir" powiadomił "Tygrysa"  o zamierzonym tworzeniu II batalionu Jędrzejowskiego Pułku Piechoty AK, w skład którego "Spaleni" zostaną włączeni jako I kompania pod dowództwem porucznika "Nałęcza", a jego zastępcą będzie "Tygrys" awansowany do stopnia podporucznika. Dowódcą II batalionu mianowany został  porucznik Henryk Miller" Lis". Miejscem postoju tego batalionu będzie młyn Władysława Malarskiego "Smutnego" w Boleścicach.  "Spalonych" jako formalnie I kompanię formowanego II batalionu polecił komendant sprowadzić w rejon lasu sieleckiego.

Nad  ranem 6 sierpnia po otrzymanym od "Maby" rozkazie, doprowadził "Jaśmin" oddział "Spalonych" do Łysakowa, gdzie do nich tego dnia dołączył "Tygrys". W Łysakowie przesiedzieli cały dzień,  ukrywając się w wiejskich zabudowaniach, gdyż na pobliskiej szosie w kierunku Krakowa odbywał się potężny ruch niemieckich pojazdów wojskowych. Dopiero z nadejściem nocy mogli wyjść z Łyczakowa i, maszerując przez rejon lasów pod Wrześnią i dalej przez  Mierzawę, Krzcięcice, Piołunkę i Zielonki, dojść nad ranem do lasu sieleckiego.

A w ciągu ostatnich kilku tygodni Niemcy zdołali opanować nastrój strachu i paniki i kontratakiem zatrzymali Rosjan na linii Wisły. Przyszło im to dość łatwo, gdyż dowództwo Armii Radzieckiej, po zdobyciu i obsadzeniu przyczółków na lewym brzegu Wisły,  nie zdradzało zamiaru dalszych działań ofensywnych. I nic nie świadczyło o tym, aby wojska radzieckie wkroczyły w najbliższym czasie na teren ziemi jędrzejowskiej. Ale walka o wyzwolenie w ramach planu "Burza" trwała nadal. Dnia 1 sierpnia wybuchło w Warszawie powstanie, krwawo tłumione przez okrutnych najeźdźców. Sformowany z niebywale wielkim trudem I batalion 4.Pułku Piechoty AK w rejonie Daleszyc, utworzony z oddziału partyzanckiego "Wybranieccy" ppor. Mariana Sołtysiaka "Barabasza", oddziałów powstałych z ugrupowań por. Jana Piwnika "Ponurego" i oddziału popularnych, zaprawionych w boju "Jędrusiów" por.Józefa Jasińskiego, odpowiednio uzbrojony w broń maszynową wyruszył na odsiecz walczącej Warszawie. Zadanie to stało się jednak niewykonalne, ponieważ Niemcy po ustabilizowaniu frontu dążyli za wszelką cenę, aby spacyfikować teren Kielecczyzny, który znalazł się na bezpośrednim zapleczu frontu. Coraz większa liczba oddziałów wojskowych została przeznaczona do zwalczania polskiego ruchu oporu. Batalion 4.Pułku, po ciężkich walkach został zmuszony do odwrotu i częściowo zdemobilizowany, walczył w Górach Świętokrzyskich do czasu wyzwolenia.

Przesiedzieli "Spaleni" 3 dni w lesie sieleckim, nie mając możliwości wykonania żadnego ruchu. Cel, dla którego zostali sprowadzeni tutaj pod Sędziszów - atakowanie węzła kolejowego - stał się nierealny. A zbyt długie przebywanie w tym samym miejscu postoju groziło niebezpieczeństwem sprowadzenia niemieckiej obławy. W nocy z 9 na 10 sierpnia przeszli "Spaleni" do niewielkiej wsi Podsadek pomiędzy Gniewięcinem i Białowieżą, a po krótkim postoju zostali skierowani do leśniczówki - folwarku Wojciechów w lasach krzelowskich. Tutaj 12 sierpnia przekazano "Tygrysowi" wiadomość w formie rozkazu, że ma się wkrótce udać z oddziałem do lasku w rejonie Łowinii, gdzie nastąpi rozwiązanie "Spalonych", formalnie, jako 1.kompanii II batalionu Jędrzejowskiego  Pułku Piechoty AK.

To paradoksalne i nagłe wydarzenie, bez żadnego dokumentu ani wiarygodnej relacji, zaskoczyło wszystkich, a przede wszystkim "Tygrysa". Miało ono jednak ugruntowane i jednoznaczne uzasadnienie. Widać było wyraźnie, iż zaistniała sytuacja polityczna i wojskowa, nie tylko..... uniemożliwiająca wykonywanie planu "Burza", ale wręcz niepozwalająca na prowadzenie jakiejkolwiek działalności partyzanckiej mniejszymi oddziałami. Jedynym rozsądnym wyjściem z tej patowej sytuacji było rozwiązanie oddziału i rozmieszczenie żołnierzy - partyzantów  na melinach.  Słuszność tej decyzji potwierdził również fakt rozwiązania w tym czasie  jedynego, prawie w pełni zmobilizowanego I batalionu Jędrzejowskiego Pułku Piechoty AK, dowodzonego przez por.Józefa Kurka "Halnego", a przez to rozwiązaniu uległ cały pułk.

Różnie przyjęli tę wiadomość żołnierze - partyzanci oddziału "Spalonych". Jedni z pewną ulgą, że kończy się trud nocnych marszów, niedojadanie i prymitywne obozowe życie, inni wyrażali uczucie zawodu, że oto kończy się wielka przygoda w ich młodym życiu, inni wreszcie ubolewali nad niepewnością swego dalszego losu w trwającej jeszcze wojnie. Pozbawieni dowodu tożsamości - broni, staną się  ludźmi zdanymi w obliczu niebezpieczeństwa na łaskawy uśmiech szczęścia, czy też na siłę i wytrzymałość własnych nóg, gdyby przyszło uciekać.

Dnia 15 sierpnia 1944 roku wyruszyli wieczorem w drogę z  krzelowskiego lasu z mieszanymi  uczuciami  i raczej w ponurym nastroju. Szli przez Czekaj, Tarnawę i Marianów w kierunku Pawłowic, dalej polną drogą wzdłuż brzegu rzeki Mierzawy do Boleścic i na wysokości młyna Malarskiego skręcili na drogę, prowadzącą do lasu przed folwarkiem i wsią Łowinia. Ostatni raz byli razem i czuli się jeszcze oddziałem partyzanckiego wojska, gdy z bronią stanęli w dwuszeregu w głębi lasu. Krótko przemówił por."Nałęcz" - formalnie dowódca kompanii, dziękując za patriotyczną postawę w zaszczytnej służbie i walce o wyzwolenie Ojczyzny. "Spaleni", jako jedyny zbrojny oddział  Armii Krajowej na terenie ziemi jędrzejowskiej, w swej krótkiej ale bujnej historii dobrze zasłużył się w obronie swej ojcowizny. Podporucznik "Tygrys" odczytal rozkaz porządkowy, a odprawę zakończyło czyszczenie, konserwacja i zdawanie broni. Był to  najbardziej bolesny moment dla każdego leśnego żołnierza. Miejscowych żołnierzy odesłano do domu, a pozostałych 30 podzielono na grupy i skierowano na wcześniej przygotowane meliny.

Wybór lasu w Łowinii do przeprowadzenia demobilizacji "Spalonych" - kompanii leśnego wojska Armii Krajowej, był spowodowany dogodnymi warunkami  terenowymi. Wsie: Aleksandrów, Boleścice, Krzcięcice, Łowinia, Piołunka, Słaboszowice i Wojciechowice, gdzie przygotowano kwatery na meliny i schrony do ukrycia broni, znajdowały się blisko siebie, co pozwalało na dogodniejsze zebranie ludzi w trybie alarmowym do podjęcia jakiejś ważnej akcji obronnej. Wszystkie wsie leżały przy błotnistych gościńcach z dala od szosy, co także stanowiło pewne zabezpieczenie przed najazdem samochodami Niemców, stacjonujących w terenie coraz liczniej. Na tym terenie kwaterowali także formalni dowódcy: kapitan Kacper  Niemiec "Mir", porucznik Henryk Miller "Lis" i podporucznik Stanisław Boryń "Tygrys".

Do wykonywania bieżących zadań i obrony całego terenu zakwaterowania została powołana uzbrojona sekcja, dowodzona przez sierżanta Józefa Ogórka "Pociska". Sekcja patrolowała wszystkie wsie w dzień i w nocy, a także podejmowała wszystkie akcje rekwizycyjno - aprowizacyjne i represyjne. Rekwizycji zwierząt rzeźnych i zboża na chleb oraz aprowizacji i rozdziału wszelkich produktów dokonywała sekcja wyłącznie w  "ligenszaftach" i, dla zachowania ostrożności, w porozumieniu z pracownikami należącymi do AK. W Jaronowicach był to Wacław Machnik "Buk", w Rakoszynie Jan Zachowicz "Adaś",w Desznie Tadeusz Patyna a w Łowinii ja pod pseudonimem "Student" zajmowałem się dystrybucją całej aprowizacji. W Łowinii działała ubojnia wszystkich zarekwirowanych zwierząt i miejsce cotygodniowego rozdziału mięsa dla wszystkich zakwaterowanych  na melinach. Oprócz mięsa i chleba z sędziszowskich piekarni, wszyscy zamelinowani żołnierze otrzymywali cukier i mydło oraz żołd w wysokości 20 złotych co dekadę. Sekcja "Pociska" wykonywała również wyroki na rozkaz wyższego dowództwa. W większości były to ostre upomnienia i kara chłosty, a w przypadku kobiet - strzyżenie głowy. Najlepszym egzekutorem kar był "Moryc" - Ślązak, dezerter z armii niemieckiej.

To skrupulatne przestrzeganie zasad konspiracji ochroniło na szczęście przed jakąś groźną wpadką całą tę spokojną i bezpieczną okolicę. Bowiem hitlerowcy, aczkolwiek wyraźnie osłabieni, w okrutnym swym "panowaniu" nie wyrzekli się mściwości na ludności polskiej. Dnia 17 sierpnia dokonali krwawej masakry na mieszkańcach Swaryszowa. Rozstrzelali 35 osób, w tym 29 żołnierzy Armii Krajowej  za posiadanie broni,  a zdradzonych przez miejscowego konfidenta.

Gdy cała Kielecczyzna znalazła się na bezpośrednim zapleczu nieprzyjaciela, nastąpiła pacyfikacja polskiej partyzantki, zmuszająca do demobilizacji większość oddziałów leśnych i ukrycia żołnierzy na melinach. Prowadzenie podziemnej działalności ruchu oporu przejęły  folwarki ziemskie, młyny wodne i leśniczówki - miejsca możliwie jeszcze bezpieczne. Tylko w ten sposób można było ochronić i wyżywić ludzi prowadzących nadal działalność  konspiracyjną i ukrywających się przed aresztowaniem. Nie udawało się jednak całkowicie uchronić od bolesnych strat. Podporucznik Ireneusz Maszczyński "Blondyn" skazany przez Niemców na śmierć i usilnie przez nich poszukiwany, ukrywając się w Piołunce, spał w nocy 26 sierpnia na polu w stogu zboża. Nad ranem został zaskoczony i ujęty przez  patrolujących teren lotników niemieckich i przekazany funkcjonariuszom gestapo. Po kilku dniach ciężkich tortur został rozstrzelany w lesie koło  Mnichowa. Tak poległ drugi po "Zrywie" szaleńczo odważny, legendarny dywersant, żołnierz AK, podporucznik "Blondyn" - Maszczyński.

 Względnie bezpieczną oazą spokoju dla dalszej konspiracyjnej działalności była  Łowinia, rodzinna posiadłość ziemska Kozłowskich: Bogusława i Tadeusza. Tadeusz, aresztowany w 1940 roku, zginął w kamieniołomach obozu koncentracyjnego Mauthausen - Gusen. Majątkiem, przejętym w 1941 roku przez Liegenschaftsverwaltung z siedzibą w Krzelowie, zarządzał Bogusław Kozłowski, a od 1943 roku - wysiedlony z Poznańskiego ziemianin Wacław Wykowski. Łowinia i najbliższa okolica, odległa ponad 5 km. od szosy, koło lasu, rzeki i torów kolejowych, prawie w centrum zgrupowania, przy błotnistych gościńcach kilku wsi na niewielkiej przestrzeni, bardzo odpowiadała warunkom konspiracji.  Wzorowo prowadzone gospodarstwo o wydajnej produkcji rolnej, mogło podołać rekwizycji dobytku przez oddziały partyzanckie różnych orientacji politycznych i wyżywić, stale lub przejściowo, ukrywających się członków podziemnego ruchu oporu. Toteż odbywały się tu stale tajne spotkania, narady i odprawy. W kuźni za miechem znajdowała się skrzynka kontaktowa poczty polowej, założona i obsługiwana przez kaprala Karola Szwaję "Mściciela"- syna miejscowego kowala. Z napływającej korespondencji korzystał, stale kwaterujący w Łowinii, "Jar" - konspiracyjny starosta jędrzejowski, korzystał też porucznik Henryk Miller "Lis" - formalny dowódca oddziałów dywersyjnych, często przebywający tu na szkoleniach i odprawach. Od 1943 roku bardzo czynną działalność wywiadowczą prowadziła  Danuta Bytnar-Dziekańska, siostra podporucznika Jana Bytnara "Rudego" - bohatera spod warszawskiego Arsenału, ukrywająca się w Motkowicach, a potem w Łowinii. Uprzywilejowanym w pomaganiu Łowinii i opiece nad nią był oddział "Spalonych" - nasi sędziszowscy partyzanci. "Tygrys" lubił zatrzymywać się i biwakować w tutejszym lesie, w czasie akcji "Burza" przeprowadzał we wsi mobilizację, tutaj też 15 sierpnia 1944 roku nastąpiło rozwiązanie oddziału "Spalonych" i skierowanie zamiejscowych żołnierzy na meliny. 

We wrześniu coraz liczniej przybywali do Łowinii ludzie, którym udało się ujść z życiem z warszawskiego powstania. Ich opowiadania stanowiły przejmujące świadectwo tragicznych wydarzeń w skrwawionej i zwalonej w gruzy stolicy. W powstaniu zginęła matka Zofii Wykowskiej i wielu znajomych, bezpośrednio nawet nieuczestniczących w walkach. Przyjmowano powstańców niezwykle serdecznie i lokowano w pomieszczeniach gospodarczych lub w bardziej odległych wsiach,  gdzie też już trudno było znaleźć wolne miejsce.

Ale prawdziwa gehenna rozpoczęła się w październiku, gdy żołnierze-powstańcy, uznani za jeńców wojennych, byli wywożeni pociągami do obozów w głąb Rzeszy. Polscy maszyniści celowo zwalniali bieg pociągów na wprost łowińskiego  lasu, umożliwiając jeńcom wyskakiwanie z wagonów. Opatrzność czuwała i, mimo ostrzału niemieckiej eskorty, wszyscy zawsze szczęśliwie dobiegali do skraju lasu. Z braku miejsc pod dachem, powstańcy warszawscy lokowali się na polu w stogach słomy i zboża, oczekując na transport do odleglejszych wsi.

Jednego dnia, gdy z transportu udało się wyskoczyć większej liczbie warszawskich powstańców, zainteresowało się nimi gestapo. Niespodziewanie na teren podwórka zajechała bryczka  z dwoma umundurowanymi na czarno, z trupimi znaczkami na czapkach gestapowcami w poszukiwaniu, jak oświadczyli,  polskich bandytów. Moje grzeczne powitanie po niemiecku (co miało istotne znaczenie) i (chociaż pode mną drżały ze strachu nogi) wypowiedź w tonie urzędowym, że to jest przedsiębiorstwo niemieckie i wszelkie sprawy załatwia się w biurze - ulegli, a tam zostali od razu przyjęci przez państwa Wykowskich indykiem, kawą i dobrą wódką. I po godzinnej rozmowie, a właściwie pogawędce, z pokaźną "wałówką", zadowoleni odjechali. Z jednego z transportów pozostał w Łowinii znajomy pani Zofii Wykowskiej - Rawicz, znany kabaretowy warszawski piosenkarz i młody artysta komediowy Jan Kobuszewski, który do wyzwolenia przechowywał się w Krzcięcicach.

W  każdym miesiącu narastał coraz większy chaos, bieda i niedostatek. Brakowało opału i nafty do oświetlenia. Niemcy zabierali z gospodarstwa coraz więcej dobytku, a przed końcem roku uprowadzili cały żywy inwentarz - wszystkie krowy i konie. Ustały wszelkie prace w gospodarstwie. Dni upływały monotonnie na grze w karty, stawianiu pasjansów i kabał.  Głównymi tematami rozmów było Powstanie Warszawskie i dzielenie się pełnymi obaw myślami o przyszłości, wobec spodziewanego wkroczenia bolszewików. A wieczorem, gwoli pokrzepienia serc, rozbrzmiewał  chóralny śpiew patriotycznych pieśni, rozpoczynając od hymnu Polski Podziemnej "O Panie, któryś jest na niebie...". A potem przeważnie następował rozrywkowy koncert naszych artystów: Rawicza wykonującego warszawskie piosenki kabaretowe i porucznika "Lisa" - zawsze tryskającego humorem, obdarzonego dźwięcznym tenorem, wykonującego arie operowe, operetkowe i pieśni neapolitańskie.

I tak, w atmosferze oczekiwania, wzajemnej pomocy i pocieszania nadszedł 16 stycznia 1945 roku - dzień wyzwolenia Sędziszowa po 5-letniej okrutnej, morderczej okupacji hitlerowskiej. Nie był to od razu czas błogiego spokoju, bo wojna trwała nadal i jeszcze przewalała się wielka karta historii. Nie przyszło też, powszechnie oczekiwane, wyzwolenie z Zachodu.

Melinujący w Łowinii i okolicznych wsiach byli żołnierze - partyzanci powrócili szczęśliwie  do swoich rodzin. Nowa władza państwowa, przybyła ze Wschodu, nie podziękowała im nawet za wierną służbę Ojczyźnie, nie wspominając już o należnej pieniężnej odprawie uznaniowej, czy orderach i odznaczeniach. W zamian - niejeden doznał  goryczy niesłusznych oskarżeń i nieuzasadnionych, bolesnych krzywd. Nie zważając jednak na niekorzystny zakręt historycznych dziejów i wyboistość życiowej drogi, przystąpili zahartowani w konspiracji byli partyzanci do nauki i pracy. Jedni podjęli pracę w rodzinnych miejscowościach, inni opuścili ziemię jędrzejowską, osiedlili się na Ziemiach Odzyskanych i tam rozpoczęli nowe życie.

Minęły 64 lata od 17 kwietnia 1944 roku, gdy na pierwszej zbiórce w lesie na Tarni stawiło się 20 żołnierzy leśnego plutonu jędrzejowskiego obwodu AK "Spaleni" i ten upływ czasu szczęśliwie nie zatarł w pamięci następnych pokoleń patriotycznej postawy, ofiarnego poświęcenia i odwagi ich ojców i dziadków w walce o wyzwolenie Ojczyzny. 20 kwietnia 2008 roku nastąpiło w Sędziszowie odsłonięcie Pomnika "Spalonych" - widocznej pamiątki, chroniącej od zapomnienia nie tylko  waleczność 85 żołnierzy pod rozkazami "Zrywa" i "Tygrysa". Ten monument - chluba i zaszczyt Sędziszowa - to także pamiątka działalności wszystkich patriotów, którzy na początku 1940 roku rozpoczęli organizowanie konspiracyjnego ruchu oporu. Komenda placówki  ZWZ-AK "Dwór" była bardzo sprawną jednostką organizacyjną i odznaczyła się żywą działalnością bojową. Wielu konspiratorów poległo od kul hitlerowskich morderców, a ich męstwo stało się bezpośrednią przyczyną sformowania, uzbrojenia i wysłania w teren leśnego plutonu. Prochy tych bohaterów, w urnach z ziemią zebraną z miejsc ich stracenia, zostały wmurowane w fundament pomnika.

Obok wyrytych na pomniku nazwisk i pseudonimów zasłużonych dowódców-oficerów, podporuczników:  Stefana Rajskiego "Zrywa", Stanisława Borynia "Tygrysa" i Ireneusza Maszczyńskiego "Blondyna", widnieją nazwiska i pseudonimy podoficerów, podchorążych i szeregowców, z których wielu przed wstąpieniem w szeregi oddziału "Spalonych" odznaczyło się odwagą i męstwem. Wszystkich ich łączyło jedno: chęć "bicia" Niemców i zdobycia broni. Bracia Grabowscy: Zbigniew "Czarny" i Włodzimierz "Struś", Zbigniew Białkiewicz "Świerk", Bolesław Gałczyński "Roch", Jan Bukowiński "Mewa", Czesław Riedel "Jastrząb" - przedstawiciele młodego pokolenia Polski Walczącej posiedli życiorysy, mogące służyć za gotowy materiał na scenariusz filmowy, czy dramat sceniczny.

Wzruszający i piękny był przebieg uroczystości odsłonięcia  Pomnika Pamięci Partyzanckiego Oddziału Armii Krajowej "Spaleni". Władze kombatanckie nadały uroczystości rangę ponad regionalną, z pełnym ceremoniałem wojskowym, apelem pamięci i salwą honorową. Liczne delegacje ze sztandarami  reprezentowały organizacje i środowiska społeczno-polityczne z całego jędrzejowskiego powiatu. Uroczystość zaszczycili swoją obecnością przedstawiciele władz i instytucji państwowych. Niezwykle wzruszający był  sam akt odsłonięcia Pomnika przez czterech z sześciu aktualnie żyjących, byłych partyzantów, oficerów w stanie spoczynku: majora Zbigniewa Grabowskiego, porucznika Włodzimierza Kołkowskiego i podporuczników: Euzebiusza Małkiewicza i Bolesława Korbana. Złożenie wieńców i wiązanek kwiatów przez delegacje i licznie zebraną publiczność zakończyły to ważne dla Sędziszowa historyczne wydarzenie. Okazały monument, chluba  mieszkańców  bujnie rozwijającego się miasta Sędziszowa, na trwałe zachowa w ich pamięci ofiarny trud i odwagę żołnierzy - partyzantów "Spalonych", walczących pod rozkazami "Zrywa" i "Tygrysa".

Płk. w st. spocz. dr n. med. Wacław Cichocki
Wrocław, sierpień/wrzesień, 2008 rok

Produkcja i hosting: ZETO-RZESZÓW Strony www - Strony internetowe - Aplikacje internetowe - Sklepy internetowe - Portale korporacyjnezeto
[ZAMKNIJ]
Nowe zasady dotyczące cookies. W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies.